sowa.mypodcast.com magazyn.blogg.de
wtorek, 14 lipca 2009
Bastylia żydowska w spółdzielczości mieszkaniowej, Witold Filipowicz o 12:01, 14 lipca
Witold Filipowicz
 
 Witold Filipowicz
Do zarządzającego Magazynem SOWA!

Ten komentarz o wolności w spółdzielczości nie jest mojego autorstwa. Doamgam się usunięcia mojego nazwiska z tak kojarzonymi sformułowaniami.
To nieprzyzwoite, przypisywać komuś wypowiedzi, które nie są jego.
Może to również stanowić podstawę do wystąpienia na drogę sądową o ochronę dóbr osobistych.
Sowa Magazyn Europejski 
 Sowa Magazyn Europejski
komentarz jest redakcyjny i nie jest o wolności w spółdzielczości, lecz o braku wolności w żydowskiej spółdzielczości w RP

autor artykułu Witold Filipowicz nie pisze niestety prawdy o tym, że spółdzielczość mieszkaniowa w RP jest opanowana w całości przez żydów

żydowska solidarność w zacieraniu prawdy o obżydzonej spółdzielczości mieszkaniowej w RP plami żyda Filipowicza, który odważył się podnieść rękę na konstytucyjne prawo obywateli RP do posiadania właściwej informacji na ten temat
Sowa Magazyn Europejski
Sowa Magazyn Europejski 
     Bajki pani prezydent Waltz
Witold Filipowicz o zagrożonej wolności mediów w Polsce
Prawa i wolności w żydowskiej w Polsce spółdzielczości  
Witold Filipowicz - Polski Komitet Narodowy Źródło: pkn.blox.pl
środa, 01 lipca 2009
Społeczeństwo informacyjne pod patronatem


"(...) Kilka lat, kilka spraw sądowych, pieniądze podatników i brak jakichkolwiek reakcji ze strony organów władzy publicznej na udokumentowane  informacje o możliwościach popełnienia przestępstwa przez urzędników państwowych.

A wszystko – w znakomitej większości – toczy się w tzw. infrastrukturze informacyjnej, po ludzku - w sieci internetowej. Tak w praktyce odbywa się porozumiewanie pomiędzy władzą a obywatelem za pośrednictwem nowoczesnych środków łączności. Kalka systemu porozumiewania  tradycyjnego za pośrednictwem pana listonosza.(...)"
 
Pozdrawiam
Witold Filipowicz
Warszawa

 Witold Filipowicz Konserwatysta     

Infrastrukturę tworzy się na ogół po to, by czemuś służyła. Zazwyczaj celom jej przeznaczenia. Infrastruktura informacyjna, tworzona pod patronatem MSWiA powinna – podobno – sprzyjać rozwojowi przepływu informacji. Tyle wieści z resortu.
W dniu 15 maja w Zamku Ujazdowskim odbyła się Wielka Gala Społeczeństwa Informacyjnego. Wyróżnienie dla podsekretarza w MSWiA, Witolda Drożdża, było uznaniem jego determinacji w tworzeniu warunków dla rozwoju społeczeństwa informacyjnego.
Na czym, ogólnie rzecz ujmując, ma się opierać rozwój tego tworu pod nazwą społeczeństwa informacyjnego? Wydaje się, że chodzić powinno o szybkość, pewność i kompletność informacji, maksymalny jej zasięg i dostęp obywatela do wszelkich informacji związanych przede wszystkim z funkcjonowaniem życia publicznego.
Zamierzenia chwalebne, patronat poważny. Praktyka informacyjna, czyli próby osiągania celów tworzenia infrastruktury informacyjnej już nieco mniej zrozumiałe. A zwłaszcza mało zrozumiała rola głównego patrona , MSWiA, w tworzeniu tej infrastruktury informacyjnej.
Garść faktów:
W dniu 18 marca 2009 r. zapadł wyrok w Naczelnym Sądzie Administracyjnym – sygn. akt I OSK 1468/08 – w wyniku skargi kasacyjnej Ministra od wyroku WSA w Warszawie – sygn. akt II SAB/Wa 19/08 w sprawie skargi na bezczynność organu – Ministra – w zakresie dostępu do informacji publicznej.
Cała sprawa bierze swój początek w roku 2005, a szczegóły o co i o kogo chodzi opublikowane zostały w artykule „My czyści, my przejrzyści”. Opisany tam został przypadek wysokiego urzędnika administracji rządowej, który – jak wynika z dokumentów – dopuścił się nadużycia stanowiska służbowego w zakresie zatrudniania z ewidentnym naruszeniem przepisów ustawy o służbie cywilnej. W skrócie można tu wykazać, że nadużył stanowiska służbowego do własnych celów. Oznaczać to może przestępstwo z art. 231 § 1 kodeksu karnego.
Urzędnik ów, w trakcie prowadzenia dziennikarskiego ustalania, zniknął z macierzystego urzędu i pojawił się w MSWiA jako zastępca dyrektora departamentu. Pytanie wysłane do urzędu było proste. Z pozoru, jak się później okazało. Chodziło o zidentyfikowanie funkcjonariusza publicznego. Czy jest to ten sam urzędnik, który – według dokumentacji – naruszył prawo i wykorzystał stanowisko służbowe dla prywatnych celów, czy też nastąpił zbieg okoliczności i pod tym samym imieniem i nazwiskiem występuje zupełnie inna osoba.
MSWiA, wzorem wielu urzędów, najpierw udawało, że go nie ma. Na pytanie – pocztą elektroniczną – nikt nie odpowiadał. Dopiero wezwanie do usunięcia naruszenia prawa i zagrożenie sądem administracyjnym skłoniło urząd do reakcji. Rzecznik prasowy MSWiA …odmówił udzielenia informacji, czy ta osoba, to ta sama, o której była mowa w związku z podejrzeniem o  łamanie prawa. To był czas zarządzania MSWiA przez Ludwika Dorna, a jego rzecznikiem był wówczas Tomasz Skłodowski, z zamiłowania i chyba także z zawodu dziennikarz. Z profilu doświadczenia z pewnością nie urzędnik.
Niby wszystko w porządku, w końcu rzecznik prasowy – dziennikarz – zdaje się być na właściwym miejscu. Ale niekoniecznie wówczas, gdy w grę wchodzą procedury postępowania administracyjnego. A już chyba całkowitą pomyłką jest to, że były dziennikarz bierze udział w postępowaniu, które wymaga rozstrzygnięć kwalifikowanych, czyli po ludzku ujmując, wydawania decyzji administracyjnych. A tylko w takiej formie można odmówić udzielenia informacji publicznej.
Sprawa trafiła do sądu administracyjnego i to z dwóch powodów. Po pierwsze odmowa udzielenia informacji publicznej o funkcjonariuszu publicznym. Po drugie, czy rzecznik prasowy MSWiA w ogóle miał umocowanie prawne do wydawania decyzji administracyjnych w zakresie odmowy dostępu do informacji publicznej.
Sprawa, jak widać z powyższego, toczyła się ponad dwa lata. Zmieniali się ministrowie, w końcu zmienił się rząd, a nadal rozstrzygnięcia nie było. Głównie w zakresie umocowania prawego rzecznika prasowego MSWiA w kwestii uprawnienia wydania decyzji administracyjnej. Tożsamość urzędnika została ustalona na jednej z rozpraw. Pełnomocnik nie miał wyjścia i przyznał, że jest to ta sama osoba. Rzecznik tymczasem zniknął z pola widzenia. No cóż. Skoro się zatrudnia dziennikarza na stanowisku dość odpowiedzialnym w urzędzie administracji rządowej, to trzeba się liczyć z różnymi zawirowaniami. A przede wszystkim wyposażyć w takie instrumenty – czyt. doradców – którzy zielonego osobnika będą nadzorować.
Dalej to już było tylko zabawniej. Urzędnicy MSWiA w ogóle nie przekazali skargi do sądu administracyjnego z powodu…zaginięcia dokumentów. W rezultacie obecny Minister, Grzegorz Schetyna, otrzymał grzywnę za nie przekazanie skargi i musiał wypłacić – z budżetu resortu – 1000 złotych. Kto, z jakich środków i przede wszystkim kto jest winien takiemu obrotowi sprawy, Grzegorz Schetyna też na razie nie chce odpowiedzieć. Kto, z pieniędzy podatnika tę grzywnę zapłacił za ewidentne niedopełnienie obowiązków, na razie nie wiadomo, bo urząd znów udaje, że go nie ma.
Po ponad 2 latach takiej zabawy w elektronicznej sieci, po grzywnie dla MSWiA, po kilku wyrokach sądowych, po zwrocie skarżącemu kosztów postępowania sądowego, wreszcie nadeszła odpowiedź – tytułem wykonania wyroku NSA – że Tomasz Skłodowski, ówczesny rzecznik  MSWiA, nie miał umocowania prawnego do wydania decyzji o odmowie udzielenia informacji publicznej.
Innymi słowy nie chciał odpowiedzieć na pytanie, czy funkcjonariusz publiczny, wobec którego istnieją dokumenty stwierdzające łamanie prawa – czyn o charakterze korupcyjnym – jest tym samym urzędnikiem, który znalazł przestań w MSWiA na stanowisku kierowniczym.
Nie można pominąć tych okoliczności, że w trakcie batalii sądowo-administracyjnej cały urząd, z ministrami na czele, znał tło sprawy w sensie uzasadnionego podejrzenia o popełnieniu przestępstwa przez wysokiego urzędnika państwowego.
Co w tym temacie robili kolejni ministrowie MSWiA? Skupiali się jedynie na bronieniu swoich urzędników i całkowicie pomijali fakt udokumentowanego popełnienia przestępstwa przez urzędnika państwowego. Co znamienne, ów urzędnik znów pełni funkcją dyrektora generalnego centralnego urzędu administracji rządowej i dobrze się czuje.
Zabawnie, a jednocześnie ponuro brzmi odpowiedź z MSWiA w kwestii wykonania wyroku NSA, o którym na wstępie. Tomasz Skłodowski nie miał umocowania prawnego do wydawania decyzji administracyjnej w zakresie odmowy udzielenia informacji publicznej, ale…on takiej decyzji nie wydał….On po prostu odmówił udzielenia informacji.
Taki sens ma pismo z MSWiA w kwestii wykonania wyroku NSA – BMP-0667-4662/09/DK/AR. Nie ma sensu przytaczać imion i nazwisk funkcjonariuszy publicznych, którzy w ten sposób dowodzą poziomu swoich kompetencji i jednocześnie wystawiają świadectwo poziomu kompetencji całego aparatu administracyjnego władzy.
Kilka lat, kilka spraw sądowych, pieniądze podatników i brak jakichkolwiek reakcji ze strony organów władzy publicznej na udokumentowane  informacje o możliwościach popełnienia przestępstwa przez urzędników państwowych.
A wszystko – w znakomitej większości – toczy się w tzw. infrastrukturze informacyjnej, po ludzku - w sieci internetowej. Tak w praktyce odbywa się porozumiewanie pomiędzy władzą a obywatelem za pośrednictwem nowoczesnych środków łączności. Kalka systemu porozumiewania  tradycyjnego za pośrednictwem pana listonosza.
Po co nam ta cała struktura informacyjna? Dla przekazywaniu społeczeństwu prognozy pogody? I na dodatek pod światłym patronatem MSWiA? Do tego wystarczy osiedlowa sieć internetowa.
Tańsza i mniej podatna na sterowanie.

Witold Filipowicz
Warszawa, czerwiec 2009 r.  mifin@wp.pl


----- Original Message -----
To: SOWA
Sent: Wednesday, July 01, 2009 1:10 PM
Subject: Tekst do wykorzystania
wtorek, 10 marca 2009
Witold Filipowicz: Przewlekłość względna
 Witold Filipowicz Konserwatysta     

Od szeregu miesięcy trwa akcja sędziów. Motywem przewodnim jest, oczywiście, godność urzędu sędziego. Jeśli coś w tzw. wymiarze funkcjonuje źle, to winy sędziów w tym z pewnością nie ma. Winni są inni. Kto? A co to za różnica.
Odezwy i petycje środowiska sędziowskiego płyną od dawna, głównie za pośrednictwem portalu Iustitia. O godności urzędu jest w nich głównie. To znaczy w pierwszych kilku zdaniach. W kolejnych kilkudziesięciu chodzi o pieniądze. Również od kilkunastu tygodni oburzenie na przewlekłość postępowania resortu, ustawodawcy i wszystkich wokół w działaniach przyznających gaże i apanaże.
Ta ostatnia kwestia zwłaszcza dopiero może wzbudzić wesołość. Protestują również ci, których prowadzone sprawy od miesięcy czy lat tkwią w miejscu. Z przyczyn obiektywnych, bo jakże by inaczej. A nawet jeśli nie nieobiektywnych, to z całą pewnością bez winy samych sędziów.
Najczęściej winne są strony postępowania. Głównie dlatego, że w ogóle są i zachciało się im wchodzić w spór i zawracać sądom głowę oraz zabierać cenny czas. O wiele łatwiej byłoby sędziom i dla dobra tzw. wymiaru, gdyby strony rozwiązywały swoje spory we własnym zakresie. Najlepiej przy użyciu radykalnych środków tak, by sądom pozostawało tylko skazać stronę pozostałą przy życiu i wrócić do ważniejszych zajęć. Protestów, manifestacji, mianowań, awansów, itp.
Groteska? Oczywiście, groteska. Tyle, że w naszej polskiej rzeczywistości sam ten tzw. wymiar jest groteską. Przykładów jest wiele, szkoda czasu na wyliczankę a i miejsca by nie starczyło. Gazeta Prawna (Nr 38), w artykule Katarzyny Żaczkiewicz, opublikowała wyniki badań opinii publicznej o zawodach prawniczych.
Na pytanie: „Która z grup prawników jest najbardziej skorumpowana” - najwięcej głosów otrzymali właśnie sędziowie. Ocena jak ocena. Przypadkowe społeczeństwo pewnie nie wie, co mówi. Korupcja zresztą, to tylko jeden z wielu elementów drążących tzw. wymiar. Badań poziomu kompetencji i wydolności intelektualnej, niestety, nie przeprowadzono.
Wspomniana wcześniej przewlekłość w przyznawaniu sędziom należnego im – ich zdaniem – szacunku i godności ma swoją drugą stronę medalu. Przewlekłości postępowań. Tu, jak wspomniano, winnych po stronie sędziów, oczywiście, nie ma. Może więc warto przyjrzeć się przebiegowi jednej z setek podobnych spraw, gdzie zarzucono sądowi nieuzasadnioną przewlekłość.
W maju ubiegłego roku do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia wpłynął pozew przeciwko Ministerstwu Pracy o naruszenie równego traktowania i dostępu do służby publicznej na jednakowych zasadach – sygn. akt VIII P 488/08. Chodziło o niezrozumiałe poczynania urzędu w przedmiocie sposobu wyłaniania najlepszego kandydata na wolne stanowisko w służbie cywilnej. Szerzej o tym w artykule sprzed dwóch lat – „Polityka pracy i otwartości”.
Sprawa ruszyła, zdawać by się mogło, normalnym trybem. Ale już po miesiącu zaczęło się dziać dziwnie. Sąd odroczył wyznaczoną rozprawę z powodu wniosku pełnomocnika pozwanego urzędu, który wystąpił o odroczenie, bowiem miał…zaplanowany w tym czasie urlop. Tego rodzaju urzędy, jak ministerstwa, mają całe departamenty prawne i nie byłoby żadnego problemu, aby wyznaczyć do prowadzenia sprawy kogoś innego. Widać jednak problem był, bo ministerstwo nikogo nie wyznaczyło, a sąd uznał, że urlop pełnomocnika jest wartością nadrzędną nad interesem powoda.
Kiedy już zrelaksowany pełnomocnik był uprzejmy pojawić się na rozprawie, proces potoczył się wartko. Pisma, wnioski, argumenty – jak to w sądzie. Aż do listopada. Sąd zamknął rozprawę ale z wydaniem wyroku się wstrzymał. Znów kilka dni odroczenia i termin publikacji wyroku przyszedł. Sąd, ściślej asesor – to ważne w świetle późniejszych zdarzeń – wyroku jednak nie wydał. Zamiast tego wydał postanowienie o otwarciu rozprawy na nowo.
Powód? Rzeczony asesor, po ponad siedmiu miesiącach procesu nagle się zorientował, że pełnomocnik pozwanego ministerstwa nie ma właściwego umocowania prawnego do jego reprezentowania.
Termin kolejnej rozprawy, tej otwartej na nowo, wyznaczony na kilka tygodni później, na dzień przed terminem znów został – telefonicznie – odroczony o ponad miesiąc. Powód? Nieznany sekretariatowi sądu.
W tej sytuacji powód wniósł skargę na nieuzasadniona przewlekłość postępowania. Trudno bowiem byłoby w jakiś racjonalny sposób wytłumaczyć taki obrót sprawy. Sąd przez wiele miesięcy prowadzi postępowanie i nagle dostrzega, po szeregu pism procesowych i posiedzeń, że właściwie to nie wiadomo pomiędzy kim rozpoznaje spór.
Kto zawinił – strony, powód, administracja? To właśnie miała wyjaśnić wniesiona skarga na nieuzasadnioną przewlekłość postępowania. I Sąd Okręgowy w Warszawie – sygn. akt XII S 1/09  – rzeczywiście wyjaśnił. Z całości uzasadnienia postanowienia o oddaleniu skargi wynikało, że pretensje powoda są zwykłymi urojeniami, a Sąd Rejonowy jest bez zarzutu.
Szczególnie interesujących jest kilka fragmentów odnośnie konkretnych zdarzeń w tej sprawie. Na przykład odroczenie z powodu urlopu pełnomocnika pozwanego było w pełni uzasadnione. Można się domyślać, że Sąd miał tu na względzie generalną klauzulę zasad współżycia społecznego. W końcu interes powoda w przedmiocie roszczeń o bezprawne pozbawienie szansy ubiegania się o pracę jest wartością mniejszą, niż zasłużony wypoczynek urzędnika.
Równie interesujące stanowisko wyraził Sąd w kwestii odroczenia – kolejnego, o ponad miesiąc - rozprawy otwartej na nowo. Okazało się otóż, że i to odroczenie było w pełni uzasadnione. Mianowicie asesor, Rafał Młyński, oczekiwał właśnie na nominację na sędziego i stąd to odroczenie terminu. Tu z kolei w grę wchodziły zapewne wartości jeszcze wyższe.
W końcu mianowanie na sędziego jest wydarzeniem niezwykle istotnym tak dla środowiska, jak przede wszystkim dla samego nominowanego. Jest też wyrazem uznania dla wysokich kompetencji mianowanego. Tych, które się przejawiły w wielomiesięcznym prowadzeniu sprawy, w której jedna ze stron nie miała umocowania prawnego do występowania w procesie. Wartością nadrzędną był w tym przypadku – jak należy się domyślać – osobisty interes sędziego in spe, a nie jakieś tam roszczenia o jakieś tam życiowe sprawy powoda.
Ukoronowaniem zaś tego postanowienia było stwierdzenie, że wszak wyrok w Sądzie Rejonowym – wydany już przez wysokokwalifikowanego sędziego – zapadł natychmiast po przeprowadzeniu rozprawy otwartej na nowo. Istotnie, sprawa – po tych ośmiu w sumie miesiącach – rozegrała się błyskawicznie. Ledwo się zaczęła, zaraz się zakończyła. Oddaleniem pozwu. Padło tylko jedno pytanie: czy strony podtrzymują swoje stanowiska. Po podwójnym „tak” i kilku minutach przerwy zapadł wyrok.
Tę kwestię również Sąd Okręgowy nie omieszkał ocenić. Mianowicie niemalże wystawił laurkę świeżutkiemu sędziemu za sprawność. No cóż, skoro nie było nowych – nowych, warto podkreślić – wniosków dowodowych, to i nie było nad czym dalej procedować. Logiczne.
Tyle, że nie do końca. Sąd Okręgowy nie zechciał pochylić się nad takim faktem, że choć istotnie nie było nowych wniosków dowodowych, to te wcześniejsze, mimo zarządzeń sędziego, wówczas jeszcze asesora, nie zostały przez pozwanego wykonane. Praktycznie więc Sąd nie przeprowadził żadnego postępowania dowodowego i – w konsekwencji – nie ustalił stanu faktycznego sprawy.
Jest też jeszcze jeden interesujący szczegół tej historii. Mianowicie skarga na nieuzasadnioną przewlekłość postępowania wpłynęła do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia na blisko dwa tygodnie przed tą na nowo otwartą rozprawą. Oznacza to, że w sprawie orzekał sędzia – już po nominacji – który miał świadomość, że wpłynęła skarga na jego postępowanie. Jak to wygląda w świetle zasady bezstronności pokazał właśnie Sąd Okręgowy.
Ten sam Sąd Okręgowy i zapewne ten sam Wydział XII będzie teraz orzekał w sprawie apelacji. Sadząc po zwyczajach praktyki naszego tzw. wymiaru, nie można wykluczyć, że apelację rozpoznawał będzie ten sam skład, który orzekał w sprawie skargi na przewlekłość. Jednym z zarzutów apelacji jest nieważność postępowania z powodu uzasadnionych wątpliwości, co do bezstronności sędziego orzekającego.
Oryginalność działań XII Wydziału w Sądzie Okręgowym w Warszawie pojawiała się już znacznie wcześniej przy okazji innych spraw, toczących się przed obliczem tzw. wymiaru. Ale o tym będzie w późniejszym czasie. I nie w tonie czarnej komedii zapewne, ale bardziej w duchu przytoczonych na wstępie wyników badań opinii publicznej o sędziach, sądach i tym tzw. wymiarze.
Ciekawostek w tej sprawie jest więcej. Mianowicie, skarga na nieuzasadnioną przewlekłość podlega opłacie. Wpis sądowy wynosi 100 złotych. W tym wypadku Sąd Okręgowy rozpoznał sprawę bez wezwania strony skarżącej do dokonania wpisu sądowego. Dlaczego? Nie wiadomo.
Inną ciekawostką jest to, że w przypadku wniesienia skargi na nieuzasadnioną przewlekłość sąd, który jest skarżony, ma obowiązek niezwłocznego przekazania skargi do sądu wyższej instancji wraz z aktami sprawy. To jak w takim razie Sąd Rejonowy w tej sprawie mógł dwa tygodnie później prowadzić rozprawę bez akt, o ile wykonał ustawowy nakaz ich przekazania? Czyżby skargi nie przekazał niezwłocznie?
Póki co, walka o godność urzędu sędziego trwa i ma się dobrze.

Witold Filipowicz
Warszawa, marzec 2009 r.
mifin@wp.pl

sobota, 20 grudnia 2008
Witold Filipowicz: Dyplom dla idioty. Z życzeniami Wesolych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku
  Witold Filipowicz 
 
----- Original Message -----
Sent: Friday, December 19, 2008 11:37 PM
Subject: Tekst do wykorzystania

"(...) Powiada przysłowie, że jak pies nie ma co robić, to śpi. Posłowie natomiast, jak nie mają co robić, usiłują myśleć. Efekty tego procesu bywają tragikomiczne.(...)"

 

Z życzeniami Wesolych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku

 

Witold Filipowicz

Warszawa


Dyplom dla idioty

 

Powiada przysłowie, że jak pies nie ma co robić, to śpi. Posłowie natomiast, jak nie mają co robić, usiłują myśleć. Efekty tego procesu bywają tragikomiczne.

 

Właśnie poszła w świat wieść o kolejnych efektach wysiłku intelektualnego naszych parlamentarzystów. Skonstruowali oni otóż projekt ustawy o zawodzie aktora. W tymże projekcie, ni mniej ni więcej, ustalone zostało, że mianem aktora określać się może jedynie taka osoba, która ma ukończone studia aktorskie.

Cała reszta, bez takich studiów, aktorami zwać się nie ma prawa. Zresztą nikt inny zwać ich aktorami też nie może. Są, co najwyżej, odtwórcami. A może odtwarzaczami, dokładnie nie wiadomo. Wszak to dopiero projekt.

Stąd też do końca nie wiadomo, czy za tym nie pójdą dalsze konsekwencje. Na przykład takie, że odtwórca-nieaktor vel odtwarzacz, nie otrzyma przypadkiem zakazu odtwarzania? Na rzecz aktora słusznego, czyli z dyplomem, rzecz jasna.

Bój się Pan, Panie Olbrychski. Będziesz Pan miał szczęście, jeśli w ramach sankcji nie zostaną wycofane z polskiej kinoteki jakieś Potopy czy inne Ogniem i mieczem. Sporo tam się kręci różnych wagabundów, nie-aktorów w rozumieniu projektu ustawy.

A co na to widz? A co widz ma do gadania. Widz ma oglądać to, co jest profesjonalne, czyli potwierdzone papierem z odpowiedniej uczelni. O to zadbają reprezentanci widza i widz ma się dostosować. Dla własnego dobra i higieny psychicznej. Nie będą mu na ekranie latały jakieś tam Tyszkiewicz czy inne bezdyplomia.

To nie pierwszy pomysł, który profesjonalizm wolnych zawodów ma opierać na świstku papieru, a nie na rzeczywistych umiejętnościach. Podobne pomysły już wcześniej dotyczyły i innych grup wolnych zawodów, dziennikarzy, artystów plastyków. Ba, nawet do grania na grzebieniu na Rynku w pewnym mieście też chciano wprowadzić nakaz uzyskania licencji.

Pomysły szły jeszcze dalej. W tym samym mieście, co o grajkach na Rynku mowa, mandatem postraszono amerykańskiego turystę, który śmiał bez licencji przewodnika oprowadzać po mieście swoich znajomych.

Niewątpliwie tekst napisany przez osobnika bez dyplomu dziennikarskiego jest szkodliwy dla zdrowia. Z kolei obraz wypacykowany przez jakiegoś tam Matejkę może zagrażać życiu.

Papier z odpowiedniej uczelni jest podstawą wszystkiego. Bez niego ani rusz. Dalej można oczekiwać kolejnych światłych pomysłów. Handel pietruszką tylko dla absolwentów SGGW, sprzątanie, czyli fachowo: czyszczenie powierzchni płaskich tylko po organizacji i zarządzaniu, a informacji na dworcach komunikacyjnych będą udzielali wyłącznie absolwenci z dyplomami PR-owskimi.

Należy oczekiwać, że prawo do wygadywania głupstw przysługiwać będzie wkrótce jedynie dyplomowanemu idiocie. Uczelnię już mamy. Rekrutacja co cztery lata.

 

Witold Filipowicz

Warszawa, grudzień 2008 r.

poniedziałek, 29 września 2008
Witold Filipowicz: Niniejszym wnoszę skargę na zespół orzekający sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie
  Witold Filipowicz 

Warszawa, 11 września 2008 r.

Prezydium
Krajowej Rady Sądownictwa
ul. Rakowiecka 30
02-528 Warszawa

Niniejszym wnoszę skargę na zespół orzekający sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie w składzie:
SSO Grażyna Otola-Pawlica
SSO Anna Telec
SSR (del.) Dorota Szarek

o to, że w sprawie o sygn. akt XII Pa 397/06 w dniu 4 kwietnia 2007 r. wydał wyrok z oczywistą i rażącą
obrazą przepisów prawa.

Dowodem zasadności wniesionej skargi są dołączone kopie wyroków Sądów:
Rejonowego – sygn. akt VII P 464/06
Okręgowego – sygn. akt XII Pa 397/06
Najwyższego – sygn. akt II PK 256/07
Należy podnieść tu w szczególności kwestię, na którą Sąd Najwyższy nie wskazał w wyroku uchylającym wyrok SO, koncentrując się jedynie na rażącym pomyleniu przez Sąd Okręgowy w Warszawie procedur i zastosowaniu przepisów, które nie mogły być zastosowanej w tej sprawie.
Sąd Okręgowy w Warszawie nie tylko zastosował przepisy, które w żadnej mierze nie mogły mieć zastosowania do zupełnie innej procedury, będącej przedmiotem rozpoznawanej sprawy. Z treści samego przepisu art. 25 ust. 1 ustawy o służbie cywilnej już w zdaniu pierwszym jasno i wyraźnie sformułowany został warunek jego zastosowania. Tak jasna konstrukcja językowa w sposób oczywisty wyłączała możliwość jego zastosowania.
Porównanie stanu faktycznego, wynikającego z akt sprawy, w tym i z treści uzasadnienia wyroku SR, z treścią przepisu stanowi bezsporny dowód, iż nie można go było zastosować wobec powoda w żadnej sytuacji. Nawet przy założeniu, że istotnie nasuwałyby się wątpliwości co do ustalenia charakteru procedur konkursowych. Do tak oczywistej konkluzji nie jest potrzebna nawet cząstkowa wiedza prawnicza.
W tej sytuacji przyjęcie przez SO w Warszawie, jako podstawy orzekania, przepisu, który nie mógł mieć zastosowania w sprawie, nie da się wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób. Nie da się również złożyć tak skandalicznego orzeczenia na karb błędu czy możliwości różnej interpretacji. Zwłaszcza, że w treści uzasadnienia wyroku SO wielokrotnie podkreślał, iż powód podejmował pracę po raz pierwszy w służbie cywilnej, co jest rażąco sprzeczne ze stanem faktycznym, wynikającym z akt sprawy. Do jego oceny wystarczyła umiejętność czytania.
Całkowite zignorowanie prawidłowo złożonego wniosku dowodowego, z którego ponownie wynikało, że pozwany nie tylko mija się z prawdą w składanych wyjaśnieniach, ale też wielokrotnie łamał prawo w zakresie, w jakim toczy się rozpoznawana sprawa, a ponadto podważało prawdziwość dokumentu, de facto informacyjnego a nie właściwego umocowania, mającego dowodzić, że pozwany miał prawidłowo ustanowione umocowanie prawne, również jest niewytłumaczalne.
Strona prawna umocowania pozwanego została oceniona przez Sąd Najwyższy, ale wobec pominięcia przez SO argumentacji i dowodu w sprawie oraz w skardze kasacyjnej pominięcie przez pełnomocnika strony faktycznej umocowania pozwanego, spowodowały w konsekwencji pominięcie w postępowaniu rozpoznania zarzutu możliwości posługiwania się pozwanego przed sądami dokumentem podrobionym lub przerobionym.
Pełnomocnik powoda, z nieznanych przyczyn i wbrew żądaniom, nie zamieścił w skardze kasacyjnej wniosku o ustalenie przez Sąd Najwyższy, że wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie został wydany z rażącym naruszeniem prawa. Stąd też i Sąd Najwyższy w sposób „dyplomatyczny” odniósł się do wywodów w wyroku SO, określając je jako „nieprzydatne”. Po odmowie podjęcia w tym zakresie dalszych kroków prawnych przez pełnomocnika ustanowionego z urzędu, powód wypowiedział mu pełnomocnictwo.
Wyrok ów jest kompromitujący dla wymiaru sprawiedliwości. Nie można też wykluczyć, że jego treść nie jest wyłącznie wynikiem bezgranicznej niekompetencji, jeśli wziąć pod uwagę drugą stronę sporu – osobę pozwanego, kierującą Urzędem.
To jednak pozostaje do rozważenia przez Krajową Radę Sądownictwa.

Z poważaniem

Załączniki:
1. Wyrok Sądu Rejonowego – sygn. akt VII P 464/06
2. Wyrok Sądu Okręgowego – sygn. akt XII Pa 397/06
3. Wyrok Sądu Najwyższego – sygn. akt II PK 256/07
----- Original Message -----
From: SOWA
To: Witold Filipowicz
Sent: Sunday, September 28, 2008 3:28 PM
Subject: to ja dziekuje i prosze o wiecej, bo to poleci dzisiaj jeszcze, serdecznosci sk,

----- Original Message -----
To: SOWA
Sent: Sunday, September 28, 2008 4:08 PM
Subject: Re: to ja dziekuje i prosze o wiecej, bo to poleci dzisiaj jeszcze, serdecznosci sk,

Będzie więcej, ale na razie są sprawy w toku, więc trzeba poczekać na rozwój sytuacji i ich finały:))
 
Między innymi i tej sprawy, której tekst dajęponiżej, co też można spokojnie opublikować, a tekst bardziej szczegółowy na ten temat bedzie po tym, jak już KRS zajmie stanowisko w sprawie:
piątek, 07 marca 2008
Sąd nad Rządem, czy Rząd nad Sądem?

   Witold Filipowicz  

Wyrok Sądu Najwyższego jest wyrokiem ostatecznym. Dokonana w nim ocena działań wysokich urzędników państwowych jest jednocześnie dyrektywą dla przełożonych, co w takiej sytuacji obowiązani są zrobić. Co zrobi premier Donald Tusk, wkrótce się okaże.

Stan państwa prawnego

 Przed Sądem Najwyższym – 19 lutego, sygn. akt II PK 256/07 – odbyła się rozprawa przeciwko Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej. Przedmiotem rozpoznawania skargi kasacyjnej był sposób potraktowania byłego dyrektora w UP RP, który objął stanowisko w wyniku wygranego konkursu.

 Zatrudnionemu na 3 miesiące, rzekomo w celu sprawdzenia jego przydatności, po upływie terminu, kierownictwo Urzędu odmówiło podpisania następnej umowy. Bez podania powodów. A właściwie z podaniem, bo pracodawca ma prawo i tyle.

 Niezupełnie. Nawet w prywatnych firmach naruszenie prawa, naruszenie zasad współżycia społecznego też nie korzystają z ochrony prawnej – art. 8 Kodeksu Pracy. Tu zaś chodzi o urząd administracji publicznej, do którego stosuje się cały wachlarz innych przepisów, wyłączających dowolność postępowania.

 Bardziej szczegółowe opisy postępowania kierownictwa Urzędu Patentowego RP, na przestrzeni kilku lat, przedstawiane były w wielu tekstach. M.in. „Dyrektora na chwilę przyjmę”, „My czyści, my przejrzyści”, „Criminal-Prezes dance”, „Patent na tanie państwo”, „Syndrom „lub czasopisma”, czy „Postępowania zaciemniające”. Wszystkie dostępne w sieci.

 Sąd Najwyższy, uzasadniając wyrok uchylający wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie dokonał druzgocącej oceny zarówno składu orzekającego w II instancji, jak też przede wszystkim kierownictwa Urzędu Patentowego RP.

Wprawdzie wyroki SN są ostateczne i nabierają mocy z chwilą ogłoszenia, jednakże na bardziej szczegółowe wnioski i konkluzje trzeba trochę poczekać do czasu sporządzenia pisemnego uzasadnienia. Ale już na podstawie ustnie wygłaszanych tez i twierdzeń, oceniających urzędników administracji rządowej wysokich szczebli, można ocenić faktyczny stan państwa.

 Tymczasem wystarczy przypomnieć fragment wyroku Sądu Rejonowego w Warszawie:

(sygn. akt VII P 464 /06)

 „(…)Czynność prawna stron w postaci zawarcia umowy o pracę na czas określony była jak już wskazano wyżej sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, ale nie była sprzeczna z prawem, bowiem została zawarta w granicach zakreślonych przez ustawodawcę w treści przepisu art. 48 ust 3. Zmierzała jednak do obejścia prawa.

Cel obejścia ustawy polega bowiem na takim ukształtowaniu treści umowy, które pozornie nie sprzeciwia się ustawie, ale w rzeczywistości zmierza do zrealizowania celu przez nią zakazanego. Umowie o pracę nienaruszającej w tym wypadku art. 48 ust 3 ustawy można stawiać zarzut zawarcia w celu obejścia prawa, gdyż jej cel dyktowany był wyłącznie chęcią pozornej realizacji wyniku konkursu, a w efekcie zmierzał do jego zanegowania. Mając na względzie powyższe rozważania Sąd na zasadzie art. 59 kp w związku z art. 56 kp zasądził na rzecz powoda odszkodowanie (...)”.

Sąd nad Rządem

Sąd Najwyższy nie tylko podzielił stanowisko Sądu I instancji, ale w swojej jednoznaczności ocen poszedł jeszcze dalej. W państwie, które chce uchodzić za demokratyczne i prawne, mające ambicje porównywania się do demokracji państw zachodnich, ten wyrok SN byłby wyrokiem dla funkcjonariuszy publicznych.

Różnie wprawdzie bywa z tymi demokracjami, niejedno się tam wydarza, co bulwersuje opinię publiczną. Kiedy jednak na światło dzienne, do wiadomości społeczeństwa docierają wiadomości o zjawiskach nawet dużo lżejszej rangi, niż to, co wynika z przytoczonego fragmentu wyroku, reakcje i społeczeństwa, i władzy są jednoznaczne i zdecydowane.

 Tytułem przykładu można przywołać nie tak dawne szwedzkie doświadczenia. Dwóch ministrów, po ujawnieniu, w jednym przypadku uchylania się od opłat abonamentowych, w drugim zatrudniania na czarno gosposi, już następnego dnia przestało być ministrami.

 I nikt nie czekał na żadne sądy, odwołania, nikt nie podejmował prób racjonalizowania czy innych ekwilibrystyk retorycznych, by sprawy zamazać, zagadać, a w końcu ukryć. Wystarczyło samo ujawnienie sprzeniewierzenia się przez wysokich urzędników państwowych zasadom służby publicznej.

 Jeżeli ocena w najwyższej instancji potwierdza, że wysocy urzędnicy administracji rządowej dopuścili się naruszenia zasad współżycia społecznego, to nie ma tu miejsca na jakieś pozorowane rozważania o ewentualnych błędach w zarządzaniu.

 Jeżeli jeszcze Sąd stwierdza działania w celu ominięcia przepisów prawa przez wysokich funkcjonariuszy publicznych, to w faktycznie demokratycznych systemach prawnych oznaczałoby to dla tych funkcjonariuszy śmierć cywilną.

 Zwłaszcza, gdy wyrok taki dotyczy osób tzw. zaufania publicznego, na dodatek wykładowcy akademickiego, w tym zasad etyki, wychowawcy młodzieży. Jak odbierać to będą studenci Politechniki Świętokrzyskiej, nie wiadomo. Ale można przypuszczać, że jakiejś części będzie przykro.

 Można, rzecz jasna, udawać brak wiedzy na ten temat. Mimo, że publikacje prasowe w gazetach prawnych już się ukazały i poszły w świat. Skąpe wprawdzie i wykazujące jakiś zadziwiający brak zrozumienia istoty tego wyroku. Sprowadzanie go do jakiejś pojedynczej sprawy sporu pracownika z pracodawcą, jakich są setki, jest całkowitym nieporozumieniem.

 Sąd Najwyższy w istocie ocenił tu system państwa, który poprzez pryzmat działania kierownictwa Urzędu Patentowego RP ukazał rzeczywistość, z jaką mamy do czynienia na co dzień. Ten obraz jest porażający.

 A przecież to tylko drobny wycinek, okruch zaledwie tej mrocznej rzeczywistości. Jest o tym szerzej w wymienionych wyżej artykułach. Również o innych urzędach administracji rządowej.

 Słychać teraz o planowanej kontroli NIK w stołecznym Ratuszu, gdzie badane mają być sposoby przeprowadzania konkursów na kierownicze stanowiska. Oczywiście, też dopiero po publikacjach prasowych. I to publikacjach określonych mediów, bo wcześniejsze publikacje na te same tematy – o konkursach w samorządach, np. „Przejrzystość niezupełna” - dziwnymi zrządzeniami nie trafiały do właściwych czynników.

Choć do połowy kraju i kawałka świata trafiają bez przeszkód.

 Aby więc i tym razem ponownie nie umknęły uwadze rządu, z przyczyn tajemniczych, informacje o stanie państwa i kondycji kadr w administracji rządowej, kopię wyroku SN, otrzymają imiennie, m.in. tak premier Donald Tusk, jak i wicepremier Waldemar Pawlak, który jako Minister Gospodarki jest organem nadzoru nad Urzędem Patentowym RP.

Sąd nad Sądem

Wyrok Sądu Najwyższego w tej sprawie stanowi też ocenę zespołu orzekającego Sądu Okręgowego w Warszawie (sygn. akt XII Pa 397/06).

 Po wyroku Sądu I instancji należało się spodziewać, że już to stanowić będzie poważny sygnał dla rządu, by baczniej przyjrzeć się działaniom Urzędu Patentowego RP. Jak zadziałały mechanizmy szwedzkie, mieliśmy przykład. Jednak RP, jak się okazuje, dzieli od Szwecji, w sensie mentalnym, nie niewielkie morze, lecz kilka sporych oceanów.

 Urzędnicy rządowi, co było do przewidzenia, zasłonili się oczekiwaniami na prawomocny wyrok Sądu Okręgowego, do którego obie strony wniosły apelację. W zasadzie słusznie o tyle, że dopiero wyrok prawomocny ma powagę rzeczy osądzonej. Jednakże nie chodziło przecież o natychmiastowe i drastyczne decyzje, ale tylko, a może aż o wszczęcie drobiazgowej kontroli w materii, jaką Sąd I instancji ocenił w wyroku.

Tymczasem nie tylko nie zrobiono nic, ale nawet przeciwnie, zorganizowano w czasie oczekiwania na rozprawę przed SO konkurs na prezesa Urzędu Patentowego RP, który – jakżeby inaczej – Alicja Adamczak wygrała. Jako jedyny kandydat w tym konkursie.

Szczegóły tego konkursu też są ciekawe. Jak choćby już sam fakt, że do konkursu dopuszczono osobę, przeciwko której zapadł wyrok sądowy. Należało przynajmniej zawiesić postępowanie konkursowe do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia.

 Urzędnicy czekać nie zamierzali. Zupełnie tak, jakby z góry wiedzieli, że wyrok Sądu Rejonowego zostanie unicestwiony. I nie zawiedli się. Sąd Okręgowy – po roku od wniesienia apelacji -  całkowicie zmienił wyrok na korzyść pozwanego Urzędu Patentowego RP.

 Zmiana wyroku sama w sobie nie stanowi jeszcze jakiejś szczególnej osobliwości. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą przepisy, co do których istnieją możliwości różnych interpretacji. Jednakże to, czego dokonał Sąd Okręgowy w Warszawie zjeżyło włosy na głowie wielu prawnikom.

Sąd II instancji nie dokonał odmiennej interpretacji przepisów, będących podstawą orzekania w sprawie, ale w ogóle przyjął za podstawę zupełnie inne przepisy. Takie, które w tej konkretnej sprawie nie mogły mieć zastosowania.

Nie dość, że dotyczyły naboru na wolne stanowiska w służbie cywilnej, a nie konkursów na wyższe stanowiska, to na dodatek do osoby powoda nie mogły mieć zastosowania w żadnej sytuacji. Wynikało to wprost z samej treści przepisów i stanu faktycznego.

Potwierdził to w wyroku Sąd Najwyższy, krótko i zwięźle odrzucając tak ustalone przez SO podstawy prawne. SN nawet nie uznał za stosowne tracić czasu i słów, by w tej materii w ogóle podejmować jakieś głębsze rozważania. Po prostu w dwóch zdaniach stwierdziło to, co każdemu umiejącemu czytać rzucało się od razu w oczy.

Tym samym SN wskazał w sposób bezsporny, że wyrok SO był niezgodny z prawem.

Rząd nad Sądem?

Czy w tej sytuacji należy rozumieć, że troje sędziów zawodowych to analfabeci? Czy w grę weszły jakieś inne czynniki? Na te pytania odpowie – być może samej sobie – Krajowa Rada Sądownicza. Powinien też coś z tą sprawą, być może w kwestii poziomu kwalifikacji sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie, zrobić Prezes SO. Co zrobi, okaże się, gdy powrócą do ponownego rozpoznania akta z Sądu Najwyższego.

 Nie ma tu bowiem mowy o błędnej wykładni czy kontrowersyjnej interpretacji prawa. Jeśli więc nie wtórny analfabetyzm składu orzekającego, to co się wydarzyło? Może Minister Sprawiedliwości znajdzie jakieś racjonalne wyjaśnienie treści tego wyroku SO?

 Być może też pytania te skłonią do postawienia innych i poszukania na nie odpowiedzi. Na przykład, dlaczego prezes Urzędu Patentowego RP, doktor nauk prawnych, po aplikacji sędziowskiej, Alicja Adamczak, z taką determinacją broniła się przez lata, wbrew prawu, przed przeprowadzaniem konkursów na stanowiska dyrektorów?

A konkursy, które były przeprowadzane, gdzie w komisjach zasiadał Cezary Pyl, wówczas – podobno - jako zastępujący dyrektora generalnego, obecnie dyrektor generalny UP RP, doprowadzano do unieważnienia lub ich wyniki niweczono tak, jak w opisywanej sprawie?

Skąd bierze się ten, można powiedzieć, paniczny wręcz strach przed wysoko wykwalifikowanymi „obcymi” na stanowiskach kierowniczych w UP RP? Dlatego, że „obcy”, czy dlatego, że fachowcy?

A może jedno i drugie łącznie?

Witold Filipowicz

Warszawa, marzec 2008 r.

----- Original Message -----
Sent: Friday, March 07, 2008 3:13 PM
Subject: Mechanizmy narodzin korupcji

    "(...)Wyrok Sądu Najwyższego jest wyrokiem ostatecznym. Dokonana w nim ocena działań wysokich urzędników państwowych jest jednocześnie dyrektywą dla przełożonych, co w takiej sytuacji obowiązani są zrobić. Co zrobi premier Donald Tusk, wkrótce się okaże.
    (...)

Sąd Najwyższy, uzasadniając wyrok uchylający wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie dokonał druzgocącej oceny zarówno składu orzekającego w II instancji, jak też przede wszystkim kierownictwa Urzędu Patentowego RP.

Warszawa

Witold Filipowicz,

środa, 14 listopada 2007
Wymiar sprawiedliwości RP to kloaka, w której pluskają się nepoci

 >> do:    Witold Filipowicz  

Z  uwagą przeczytaliśmy Pański wywód na temat debilizmu naszego wymiaru sprawiedliwości. Nigdy nie mogliśmy zrozumieć i do tej pory nie możemy, dlaczego w państwie prawa, debile ubrani w togi są od czegoś niezawiśli a ich wyroków nie wolno komentować! Jest rzeczą oczywistą, nie podlegającą dyskusji, obowiązujące prawo ustanowili ludzie nie do końca normalni, ludzie prymitywni, pozbawieni jakichkolwiek zasad moralnych. Czynna prostytutka nie jest w stanie stworzyć norm moralnych dla kobiet nie dotkniętych prostytucją, dokładnie tak samo, idiota, złodziej, cham, nie jest w stanie stworzyć ludzkich, logicznych, norm prawnych. Niestety, w naszym kraju właśnie tacy „ludzie” tworzą  prawo, są parlamentarzystami, są prezydentami! To ostatecznie prezydent podpisem, wprowadza w życie uchwalone przez społeczny rynsztok prawo! Stosowanie tego „prawa” to odrębna sprawa. Wymiar sprawiedliwości RP to kloaka, w której pluskają się nepoci już zatrudnionych w tzw. wymiarze sprawiedliwości. Zupełnie bez zażenowania, cienia wstydu, adwokat publicznie domaga się utrudnienia dostępu do zawodu innym prawnikom w imię….. obniżenia jakości usług adwokackich! Ta jakość usług to pokrewieństwo lub znajomości z sędziami i prokuratorami, których bez trudu może skorumpować i to jest ta jakość usług adwokackich! Istniejące prawo i przepisy są dowodem rzeczowym idiotyzmu ustawodawców i kolejnych prezydentów! Taki prawo mogli stworzyć i stworzyli wyłącznie idioci i takie prawo podpisał wyłącznie idiota! Nie może dziwić, że wymiar sprawiedliwości jest na miarę obowiązującego prawa!

SZERSZEN

http://pkn.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?337136

wtorek, 25 września 2007
OK, budujemy - jak - póki co - budują RP wszystkie opcje polityczne, od prawa do lewa.
OK, budujemy. Dołączone zostały przykłady, jedne z wielu, jak - póki co - budują RP wszystkie opcje polityczne, od prawa do lewa.
Jeszcze trochę i kamień na kamieniu nie pozostanie.
 
Witold Filipowicz
Warszawa
----- Original Message -----
Sent: Tuesday, September 25, 2007 4:02 PM
Subject: Budujemy?

Rytmowi pracy towarzyszy modlitwa. Taki jest porzadek mądrych i świętych rzeczy.

Budujmy. Zapraszam do nadsyłania budującej korespondencji na adres:

zaraz w dzień wyborów będę prosił o chętnych do budowania programów i struktur w czasie roku - bo więcej to nie może wytrwać - zrobimy dogrywkę i uporządkowanie kraju - mówił Wałęsa.
www.flickr.com
stefan_kosiewski pod ochroną prawa - unter dem Denkmalschutz * 41- 250 Czeladź, Polen photoset stefan_kosiewski pod ochroną prawa - unter dem Denkmalschutz * 41- 250 Czeladź, Polen photoset
statystyka <

Grab this swicki from eurekster.com